Aktualności

powrót do listy

WYWIAD Z MARTYNĄ WOJCIECHOWSKĄ

Polecane |
WYWIAD Z MARTYNĄ WOJCIECHOWSKĄ
MARTYNA WOJCIECHOWSKA  Foto: TVN MAREK ARCIMOWICZ

Z MARTYNĄ WOJCIECHOWSKĄ PRZEZ KRAŃCE ŚWIATA. WYWIAD DLA ITVN

 

Od 4 grudnia na antenie ITVN ponownie zagościła premierowa „Kobieta na krańcu świata”. Aby przybliżyć szczegóły nowego sezonu, porozmawialiśmy z osobą, która na temat bohaterek, wie najwięcej. Martyna Wojciechowska opowiedziała o emocjach towarzyszących każdemu spotkaniu, o energii, jaką dają jej napotykane osoby, ale i o trudnościach pojawiających się w trakcie nagrań. Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia zdradziła również, jak je zazwyczaj spędza i co dla niej ma największe znaczenie w tym czasie.

 

Program „Kobieta na krańcu świata” jest jednym z najchętniej oglądanych przez naszych widzów. Skąd czerpie Pani inspiracje?

 

Świat jest absolutnie niesamowity i inspirujący sam w sobie. Jeśli pomyślimy o tym, że na świecie jest 7 miliardów ludzi i każdy z nich ma swoją historię, to jest co najmniej tyle historii do opowiedzenia. Ja akurat wybrałam sobie tę piękniejszą część świata – czyli kobiety i mówię to z uśmiechem. Wybory, decyzje kobiece często są bardziej złożone głównie przez nierówności społeczne, z którymi stykają się one w wielu krajach. Postanowiłam więc wypowiedzieć się w imieniu kobiet z różnych zakątków świata. Mam świadomość, że każda z tych opowieści niesie też pewien uniwersalizm, ponieważ losy moich bohaterek, czy widzów ITVN, czy nas tu w Polsce mają wiele wspólnych cech. Możliwość poszukiwania tych podobieństw, tego, co nas łączy, ale również poznawanie różnic oraz odkrywanie, jak możemy funkcjonować z poszanowaniem odmienności kulturowej i uczyć się każdego dnia tolerancji – to jest dla mnie największa inspiracja.

 

Podczas przygotowań kolejnej serii informowała Pani widzów o przeszkodach i swoich zdrowotnych problemach. Mimo tego szczęśliwie udało się zrealizować najnowszy sezon. Co z kolei napędza Panią w takich trudnych sytuacjach, bo przecież „niemożliwe nie istnieje”?

 

Moją dewizą rzeczywiście jest, że „niemożliwe nie istnieje” i stąd staram się przekładać ją na wszystkie dziedziny życia. Ostatni rok był dla mnie bardzo wymagający. Jeszcze po poprzednim sezonie programu bardzo się rozchorowałam i przez wiele miesięcy leczyłam z chorób tropikalnych. Potem doświadczyłam tragedii w rodzinie, która spowodowała, że inne kwestie odłożyłam na dalszy plan. W związku z tym nie byłam w stanie realizować kolejnych odcinków. Kiedy natomiast wydawało mi się, że będzie już lepiej, miałam wypadek – złamanie obojczyka i 2 po kolei operacje. Ten sezon obfitował więc w wiele wymagających sytuacji zarówno dla mnie, jak i dla całego zespołu, bo mieliśmy wiele przygotowanych tematów, których nie mogliśmy realizować.

 

Jak więc dalej wszystko się potoczyło?

 

Ogromnym wysiłkiem zarówno ekipy, jak i moim nakręciliśmy kilka odcinków. Widzów przeprosiłam już we wrześniu za to, że nie udało mi się nakręcić całej serii i nie wiem czy w takiej formie program wróci na antenę, czy to, co mamy wystarczy, by znalazł się jednak w jesiennej ramówce. Byłam wtedy zdruzgotana i gotowa pierwszy raz przyznać, że niemożliwe chyba jednak istnieje. Jak się jednak okazuje, po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy słońce – stacja TVN podjęła decyzję, aby wyemitować mniej odcinków niż dotychczas, ale za to wyjątkowo mocnych, dotyczących spraw bieżących, aktualnych problemów świata współczesnego, o których trzeba mówić tu i teraz. Uważam, że to były bardzo potrzebne tematy i cieszę się, że trafiają do szerszej publiczności także za granicą.

 

Czym kieruje się Pani w doborze bieżących tematów? Czy jest coś, co Panią fascynuje w odwiedzanych zakątkach świata i ciągle pcha do dalszych rozmów?

 

Czasem to jest fascynacja konkretną osobą, jedną bardzo inspirującą historią. Tutaj polecam odcinek z Florydy o Mai Kazazic, która odniosła rany podczas wojny w byłej Jugosławii. Jest poważnie okaleczoną Bośniaczką, doznała tragedii, ale nigdy nie pozwoliła nazwać się ofiarą. Jak sama powiedziała, pozytywne nastawienie zależy od perspektywy, a perspektywa to kwestia wyboru i jej wyborem jest po prostu bycie szczęśliwą – niezależnie od przeciwności losu i okoliczności. To właśnie tak pozytywna dziewczyna i tak cudowna historia, że oczywiście sama Maja mnie urzekła. Moja intuicja w tym wypadku mnie nie zawiodła, bo bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Cały mój okres rekonwalescencji po złamaniu obojczyka towarzyszyła mi, wysyłała słowa wsparcia. A ja sobie powtarzałam, że jeśli ona przeżyła, co przeżyła i zrobiła, co zrobiła w takim stylu, to ja na pewno też dam radę.

 

Wspomniała Pani, że pozostajecie z niektórymi bohaterkami w stałym kontakcie. Z kim oprócz wymienionej Mai podtrzymuje Pani relację?

 

Znam losy praktycznie wszystkich moich bohaterek. Czasem podtrzymanie stałego kontaktu jest nierealne ze względu na to, że mieszkają w bardzo odległej części świata, nie mają telefonu, maila, nie można nawet wysłać do nich listu. W takich sytuacjach korzystam z lokalnych przewodników-pośredników, których proszę, jeśli jadą akurat w tej rejon, aby sprawdzili, co dzieje się z dziewczynami, przesyłam też jakieś zdjęcia, pamiątki, a przede wszystkim czekam na tę informację, co u nich słychać. Taką osobą mi najbliższą jest Maja, ale mam też kontakt z Heather Swanson z Australii, która również mnie zainspirowała – skacze ze spadochronem, jest rekordzistką świata w tzw. skokach base jump, czy z boliwijską zapaśniczką walczącą na ringu w Boliwii. Interesują mnie też oczywiście moje przyszłe bohaterki! One nawet nie wiedzą o moim istnieniu, a ja podświadomie przygotowuję się do naszego spotkania w przyszłości. Niektórych tematów nie realizuję, ale wiele na szczęście tak. Maję Kazazic obserwowałam przez 5 dobrych lat, jej poczynania w internecie, w mediach społecznościowych, w gazetach, aż pewnego dnia postanowiłam się do niej odezwać i w końcu zrobić o niej program.

 

W ten sposób powstało już 8 sezonów programu, których popularność wciąż rośnie. Co Pani zdaniem stanowi klucz do sukcesu?

 

Kluczem zawsze jest dobra bohaterka i ważna historia, która będzie dla widzów interesująca, ale też forma w jakiej realizujemy program. Ja zawsze chcę być blisko moich bohaterek. W tym czasie, kiedy u nich jestem, staram się dzielić z nimi życie. Razem z ekipą jemy wspólnie posiłki, rozmawiamy nawet, gdy kamery nie są włączone i to buduje szczególnie intymną relację, przekazuje prawdę o tych ludziach, na ile to jest oczywiście możliwe. Myślę, że widzowie doceniają tę prawdę, którą w kolejnych odcinkach „Kobiety na krańcu świata” chcę opowiadać.

 

Często są to problemy innych osób, które Pani z nimi dzieli. Jak radzi Pani sobie z takimi sytuacjami?

 

Trudne sytuacje są trudnymi sytuacjami. To, że nie możemy realizować zdjęć, czy obecne w danym gospodarstwie niewygody albo zderzenie z dramatycznymi sprawami innych – stanowi fakt i trudno powiedzieć, że w ogóle można go pominąć w programie.

 

Które natomiast z zawodowych wyzwań było dla Pani przełomowe?

 

Chyba każde z nich. W 1998 r. byłam młodą i mało doświadczoną dziennikarką, ale za to z wielkim zapałem do pracy. Właściwie kształciłam się w zupełnie innym kierunku i nigdy nie planowałam wystąpień w mediach. Szczęśliwym zrządzeniem losu zaczęłam przygotowywać program „Automaniak”. Kiedy więc Prezes Mariusz Walter kobiecie powierzył takie zadanie, to był przełom nie tylko dla mnie, ale i w ogóle w Polsce. Po czym, gdy startował kontrowersyjny i dyskusyjny program „Big Brother”, ja nie aplikując, nie chodząc na castingi, zostałam jego prowadzącą. Moje życie bardzo się wtedy zmieniło, stałam się osobą rozpoznawalną. Z kolei w 2002 r. telewizja TVN zdecydowała się transmitować mój start w Rajdzie Dakar. Potem postanowiłam, że będę robić programy podróżnicze i w 2003 r., kiedy przyszłam z tym pomysłem do Piotra Waltera i Edwarda Miszczaka, to nie do końca wiedziałam, jak coś takiego realizować. Pojechałam za swoje pieniądze do RPA, nagrałam pilotowy odcinek i tak zaczęłam pracować nad programem „Misja Martyna”. On wyznaczył mi kierunek, jak sądzę już do końca życia (śmiech).

 

Czy w takim razie chodzi Pani po głowie kolejny nowy projekt?

 

Oprócz projektów dotyczących „Kobiety na krańcu świata” i długich form, cały czas myślę i się przygotowuję, tylko muszę wykroić jednak trochę więcej czasu. Moja córka ma w tej chwili prawie 9 lat i też jej potrzeby się zmieniają, ale chodzą mi po głowie pomysły, aby ruszyć z dzieckiem przez świat. Pierwsza próba była w tym roku, wyjechałyśmy razem na zdjęcia do Stanów Zjednoczonych na plan programu „Kobieta na krańcu świata” i to było świetne doświadczenie, zupełnie inne dla mnie. Poza tym mam nadzieję, że jeszcze zaskoczę widzów podjęciem się kilku ekspedycji, bo bardzo mi tego brakuje – bliskiego kontaktu z naturą, wyzwania, któremu mogę sprostać.

 

Które więc kraje planuje Pani odwiedzić w najbliższym czasie?

 

Pracujemy już nad 9 sezonem programu „Kobieta na krańcu świata”. Od dawna przygotowywaliśmy się i myślimy o wyjeździe do Pakistanu. Na pewno marzy mi się Madagaskar, nigdy tam jeszcze nie byłam i wyobrażam sobie, że to musi być niesamowite miejsce do pracy, także daleka północ, bo chciałabym pokazać surowe życie kobiet w warunkach zmagania się z przeciwnościami natury. Więcej chyba nie zdradzę, żeby nie zapeszać, ale nie jest możliwe też, żebym zrobiła jakikolwiek sezon programu bez wyjazdu do Afryki, to mój ukochany kontynent i zawsze będę chciała tam wracać.

 

Jakie miejsca warte odwiedzenia zarekomenduje Pani widzom ITVN?

 

Jestem chyba niezbyt dobrą specjalistką od radzenia wyjazdów o charakterze krajoznawczo-podróżniczym, ponieważ, jak zwykle mawiam – jeżdżę nie do miejsc, jeżdżę do ludzi. Zdarza mi się, że jestem w jakimś kraju, wchodzę głęboko w temat, a okazuje się później, że nie widziałam podstawowego i najważniejszego zabytku. W związku z tym żartuję czasem, że w te wszystkie miejsca muszę wrócić, żeby je obejrzeć pod kątem czysto poznawczym. Jest jednak kilka zakątków, które uważam za niezwykle ciekawe i które mnie na pewno zaskoczyły, więc te mogę zarekomendować. Etiopia zachwyciła mnie wiele lat temu i moim zdaniem to perła Afryki. Iran – jedno z większych moich zaskoczeń podróżniczych, jest krajem muzułmańskim i należy przestrzegać w nim pewnych zasad i reguł dotyczących szczególnie kobiet, ale ludzie są niezwykle otwarci i serdeczni. Lubię bardzo surowe miejsca, gdzie natura jest wciąż dominująca nad człowiekiem, a nie człowiek nad naturą, więc polecam Mongolię, Kirgizję, Kazachstan.

 

Czy dużo Polaków spotyka Pani podczas swoich podróży?

 

Tak, Polacy są narodem ciekawym świata. Często spotykam rodaków, którzy wzięli plecak i ruszyli dookoła świata z przysłowiowymi 100 dolarami w kieszeni. Zdarzają się sytuacje, że nagle wpadamy na siebie gdzieś na targu w Indonezji i to takim, że nie ma na nim nikogo białoskórego. Jadąc też w dane miejsca, szukam Polaków, żeby stali się moimi przewodnikami, żeby czerpać z ich wiedzy i doświadczenia.

 

Porozmawiajmy jeszcze o nadchodzącym Bożym Narodzeniu. W sklepach oraz na ulicach można zauważyć już świąteczne ozdoby, dekoracje. Jak postrzega Pani taką aurę i odczuwa ten czas?

 

Ja bardzo lubię święta i tylko raz nie spędziłam Bożego Narodzenia w domu – wyjechałam na Antarktydę, aby wspinać się na Masyw Vinsona. Wtedy stwierdziłam, że jestem bardzo związana z rodzicami, z Polską, z polską kulturą. Oczywiście to zamieszanie przedświąteczne o dziwo już na początku listopada, mikołaje i renifery w centrach handlowych, trochę mnie przeraża, bo jednak jest to komercyjne napędzanie atmosfery tych świąt. My na przykład od wielu lat mamy taki zwyczaj, że nie dajemy sobie prezentów na święta, choć oczywiście dzieci w rodzinie obdarowujemy. Wciąż kultywujemy tradycję Świętego Mikołaja. Moja córka ma 9 lat i zawsze bardzo na niego czeka.

 

Wracając jeszcze do prezentów, nikt nie jest w stanie Pani zaskoczyć?

 

Zwykle obdarowuje mnie moja menadżerka, zaskakując przedziwnymi prezentami. W ubiegłym roku dostałam przepiękny prezent – książkę Eda Hillarego, czyli pierwszego zdobywcy Mount Everestu z autografem autora. Dzisiaj to prawdziwy rarytas, bo o ile wiem, ta pozycja została znaleziona na licytacji i jest jedną z ostatnich dostępnych tego typu. To piękny, bardzo wartościowy prezent i takie bardzo cenię.

 

Czego życzyłaby Pani na tegoroczne święta naszym widzom?

 

Życzyłabym przede wszystkim interesującej ramówki ITVN, ale mówię to oczywiście z przymrużeniem oka. A na poważnie, życzę spokoju i radości, refleksji nad tym, że właściwie za chwilę rok się kończy i to dobry moment na podsumowania i robienie planów, spisywanie sobie marzeń na przyszłość. Tym, którzy spędzają święta z dala od ojczyzny z różnych przyczyn życzę oczywiście tego, żeby tę cząstkę, odrobinę polskości zawsze pielęgnowali, żeby ta polska tradycja na krańcu świata tam, gdzie mieszkają widzowie ITVN, zawsze była obecna.

 

Wspomniała Pani o czasie na podsumowanie. Czy Pani prywatnie również tak postrzega przełom końca starego roku, a początku nowego?

 

Absolutnie tak, z tą różnicą, że kiedyś siadałam i bardzo drobiazgowo rozpisywałam sobie kolejny rok. Potem z żelazną konsekwencją wprowadzałam wszystko w życie. Dzisiaj już wiem, że życie jest dziwniejsze niż fikcja i pisze niezwykłe scenariusze. Przestałam już tak skrupulatnie planować, bo los wiele rzeczy zaplanował za mnie, ale oczywiście wszystko zaczyna się od marzeń. Wizualizuję sobie te marzenia i zwykle staram się dążyć do ich spełnienia, bo mam takie poczucie, że bez nich życie nie jest na 100%, a ja bym chciała mieć życie na 110% (śmiech).

 

Czy zdradzi nam Pani zatem swoje marzenia na najbliższy rok?

 

Moje marzenie jest prozaiczne, żebym już nie zmagała się z problemami natury zdrowotnej, bo to w gruncie rzeczy jest najważniejsze. Z całą resztą sobie poradzę, bo na nią mam wpływ. Tego bym sobie życzyła od losu, żeby może w tym roku był bardziej wyrozumiały i łaskawy. Natomiast moje plany związane z kolejnym sezonem programu „Kobieta na krańcu świata”, te zawodowe, którym chce się oddać, to będzie na pewno dobry czas i mam przeczucie, że uda mi się je zrealizować.

 

Zatem razem z widzami ITVN bardzo Pani tego życzymy i trzymamy kciuki! Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Katarzyna Ceglińska (ITVN)

NA PROGRAM „KOBIETA NA KRAŃCU ŚWIATA” ZAPRASZAMY DO ITVN W NIEDZIELE O GODZ. 10.55 (CET – BERLIN, PARYŻ), 10.15 (CST – CHICAGO), 11.15 (EST – NOWY JORK, TORONTO).

Martyna Wojciechowska – polskaprezenterka telewizyjna, dziennikarka, podróżniczka i pisarka, z wykształcenia ekonomistka. Pracuje w telewizji TVN, gdzie prezentowała m.in. programy: „Dzieciaki z klasą”, „Big Brother”, „Misja Martyna”. W TVN Turbo przygotowywała i prowadziła magazyn „Automaniak”. Od września 2009 roku realizuje serię „Kobieta na krańcu świata”. Jest kierowcą rajdowym. W 2002 roku wzięła udział w rajdzie Sahara-Dakar – ukończyła go jako pierwsza Polka i kobieta z Europy Środkowo-Wschodniej. 22 stycznia 2010 roku zakończyła zdobywanie Korony Ziemi i jako trzecia Polka wspięła się na wszystkie najwyższe góry siedmiu kontynentów. Czynnie bierze udział w akcjach charytatywnych. To honorowa ambasadorka WWF Polska, członkini klubu Polskiej Akcji Humanitarnej SOS, pomysłodawczyni budowy nowego szpitala onkologicznego dla dzieci we Wrocławiu – Przylądek Nadziei.

Z NIKIM SIĘ NIE ŚCIGAM. TOMASZ KOT
Następny artykuł:

Z NIKIM SIĘ NIE ŚCIGAM. TOMASZ KOT

tvnpix