Aktualności

powrót do listy

REZERWOWY KANDYDAT: MARCIN MELLER

Polecane |
REZERWOWY KANDYDAT: MARCIN MELLER
DZIEN DOBRY TVN   Foto: BARTOSZ KRUPA EAST NEWS

 

REZERWOWY KANDYDAT: MARCIN MELLER

 

Warszawiak z urodzenia, historyk z wykształcenia, dziennikarz z zawodu. Syn dyplomaty, mąż Ani, tata Basi i Gucia. O obsesji kotleta schabowego, o przeznaczeniu, o literackich fascynacjach i „Dzień Dobry TVN” - rozmowa z Marcinem Mellerem.

Aleksandra Czernecka: Podobno „dom rodzinny decyduje o wszystkim”. O czym zdecydował Pana dom?

Marcin Meller: Dał mi poczucie bezpieczeństwa na starcie. Zastrzyk wiary we własne siły. Potwierdzenie, że jestem ok. Ja i moje rodzeństwo: brat i siostra. Rodzice z  jednej strony pchali nas do samodzielności; w liceum byłem zachęcany, na przykład, żeby pracować myjąc szyby, z drugiej - troszczyli się o nas. Na naukę języków nie szkoda było pieniędzy, ale kieszonkowe miałem jedno z mniejszych. Pamiętam, że się wkurzałem, bo koledzy mieli więcej. Ale teraz wiem, że to był całkiem zdrowy balans. Nawet jak miałem już 27 lat i za głupotę wyleciałem z „Polityki”, bo zawaliłem terminy, to rodzice zaproponowali rodzinne obiady, ale zastrzegli, że z resztą muszę sobie poradzić sam.

A.Cz.: Pana tato zanim został dyplomatą uczył w warszawskiej szkole teatralnej?

M.M.: Tak. I jak to ekstrawertyk - mam to po nim - w trakcie wykładu, na przykład o rewolucji francuskiej, opowiadał o swoich dzieciach. Całe pokolenie aktorów wie o mojej obsesji kotleta schabowego.

A.Cz.: Co to takiego?

M.M.: Schabowego mógłbym jeść na śniadanie, obiad i kolację. A sposób w jaki jadłem schabowego, moja mamę doprowadzał do szewskiej pasji. Wbijałem widelec w środek i objadałem kotlet dookoła, tak jak polewę z czekolady na lodzie. To mi zostało z dzieciństwa. No, nie ta technika jedzenia, bo za to by mnie żona zabiła, ale uwielbienie dla kotletów schabowych. Mam namierzone miejsca w różnych częściach Polski, gdzie są najlepsze schabowe. (śmiech)

A.Cz.: To był otwarty dom?

M.M.: No, może bez przesady, ale w okresie stanu wojennego, ci co przeżyli, to wiedzą, że to był bardzo intensywny czas życia towarzyskiego. Ludzie się odwiedzali. Zostawało się na całą noc. Przysłuchiwałem się rozmowom przyjaciół rodziców. Największa nagrodą dla mnie było, gdy rodzice pozwolili mi dłużej posiedzieć przy stole i słuchać o czym gadają. To też zbudowało we mnie świadomość znaczenia przyjaźni. Wśród rodziców znajomych przyjaźnie były bardzo długoletnie. Nie tak jak dzisiaj, gdy o poznanej wczoraj osobie mówi się: przyjaciel. Powtórzyłem ten model. Większość moich przyjaciół, to ludzie z liceum i ze studiów. Tych, co doszli potem mogę policzyć na palcach jednej ręki.

A.Cz.: Czemu wybrał Pan studia historyczne? Rodzinna tradycja? Oboje Pana rodzice byli z wykształcenia historykami.

M.M.: Powodów było kilka. Moim marzeniem było być rewolucjonistą. Był 1987 rok. Chciałem działać w opozycji tak jak moi idole.

A.Cz.: Kto?

M.M.: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Adam Michnik, Jacek Kuroń - wszyscy wrogowie obecnej władzy. (śmiech) Historia lubi zatoczyć koło. Lech Wałęsa, Henryk Wujec, Jan Lityński - wielu. Wydział historyczny Uniwersytetu Warszawskiego miał opinię najbardziej opozycyjnego wydziału. To był pierwszy powód. Drugi - miałem ciągoty dziennikarskie już w liceum XI LO im. Mikołaja Reja w Warszawie, robiliśmy gazetkę szkolną, ale nie chciałem iść na „czerwone dziennikarstwo”. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek ten system się skończy, a ja zostanę dziennikarzem. A trzeci aspekt, to właśnie tradycja rodzinna i to, że lubiłem historię, uwielbiałem o niej czytać. Wiedziałem, że władza kłamie, więc vide punkt pierwszy: tylko na Uniwersytecie Warszawskim poznam prawdziwą historię.

A.Cz.: Był Pan buntownikiem?

M.M.: Nie. Pochodziłem z opozycyjnego domu. Nie musiałem się buntować przeciw poglądom rodziców. Rodzice byli dość liberalni, a właściwie jak na owe czasy bardzo liberalni. Ale tak w swoim stylu. W liceum na przykład musiałem wracać z imprez do domu o jedenastej, podczas gdy koledzy szaleli do rana. Zdarzyło się, że raz czy drugi wróciłem nad ranem - tata się wpienił. Ale rodzice mówili: „czytaj co chcesz, rób co chcesz!” Dziewczyny? jedne się podobały inne nie, podobnie koledzy. Nawet jak mnie mama nakryła na hodowli marihuany na parapecie w moim pokoju, to wyrzuciła do śmieci krzaczek i tyle. Powiedziała: „jak znów zasiejesz - to ci wyrzucę”!

A.Cz.: Pana wyprawy wojenne i wędrówki afrykańskie rekompensowały brak młodzieńczego buntu?

M.M.: Nie. Całkiem nie. Te wędrówki zdarzyło się dzięki innym. Pierwszy raz wyjechałem na wojnę pod wpływem nieżyjącego już fotoreportera Krzysztofa Milera, którego znałem z podziemnego NZS-u i który na imprezie mnie namówił na wyjazd. Poszedłem do ówczesnego naczelnego „Polityki” i ten zgodził się mnie wysłać. Wtedy na wojenne wyprawy nie było wielu chętnych. Z kolei na wyjazd do Afryki namówił mnie Marcin Kydryński. Ani jedno ani drugie nie było moim oryginalnym pomysłem. Robiłem, to pod wpływem czyjejś inspiracji. I wszedłem w to na dziewięć lat.

A.Cz.: A fascynacją Gruzją?

M.M.: To wynik wojny z 1992 roku. W czasie pokoju wróciłem tam i stało się. Ale też nie jestem pewien czy tak by się to potoczyło, gdybym nie spotkał na ulicy Pawła Szweda, kolegę ze studiów, wówczas dyrektora wydawnictwa Świat Książki. To on namówił mnie na napisanie książki o Gruzji…

A.Cz.: Czyli przypadek w Pana życiu ma ogromne znaczenie?

M.M.: Tak, zawsze to powtarzam, że mój los jest najlepszą ilustracja powiedzenia: „jeżeli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to mu opowiedz o swoich planach”. Mnie nigdy nic z wielkich planów nie wyszło, a wszystko co się stało, zdarzyło się za sprawą przypadku.

A.Cz.: Przypadek czy przeznaczenie?

M.M.: No, właśnie. Ja wierzę w przeznaczenie. Wierzę, że pewne rzeczy są nam pisane.

A.Cz.: Dziennikarz japoński podczas wyborów w czerwcu 1989 w ramach honorarium wręcza Panu numer „Playboy’a” i po latach zostaje Pan naczelnym polskiego wydania tego pisma?

M.M.: Tu bym nie widział takiego prostego przełożenia. To był raczej ciąg wydarzeń. Nie dostałbym propozycji prowadzenia „Playboy’a”, gdybym nie prowadził programu „Agent”, a tam bym się nie znalazł, gdyby prezes Walter nie zobaczył mnie w telewizji mówiącego o Afryce. A nie mówiłbym o Afryce gdyby… i tak dalej.

A.Cz.: Tylko przeznaczenie, a ludzie?

M.M.: No tak, bo oprócz przypadku działa druga zasada: „zawsze jestem drugi”. Taki „rezerwowy kandydat”.

A.Cz.: Co to znaczy?

M.M.: Był już wybrany naczelny „Playboy’a”. Tak się cieszył z wyboru, że zabalował zbyt mocno i zawalił bardzo ważne spotkanie. W panice szukano więc kandydata rezerwowego i znaleźli mnie. Z „Agentem” też tak było. Odwiedzałem tatę w Paryżu. Zadzwoniono do mnie czy nie rozważyłbym takiej propozycji. Powiedziałem: „ok pomyślę. Za dwa tygodnie wracam do Polski”. A oni: „Musisz być u szefa na rozmowie za dwa dni”. Pojechałem. Myślałem, że idę do prezesa Waltera na wstępną rozmowę. Wszedłem, a on: „świetnie, cieszę się, że będzie pan z nami pracował.” W Dzień Dobry TVN też tak było: ktoś inny był brany pod uwagę, ale nie dogadali się. Dwa tygodnie do startu nowego programu śniadaniowego i nie ma ideału. Zdecydowano się więc, na dalekiego od doskonałości, ale sprawdzonego w „Agencie” Mellera.(śmiech) To było w 2005, a powrót po przerwie pięcioletniej w 2013 roku odbył się według podobnego scenariusza: szukano zastępcy za Andrzeja Sołtysika i znów sięgnięto po przewidywalnego - przynajmniej w robocie - Mellera.(śmiech)

A.Cz.: Proszę opowiedzieć, jak się „pichci” Dzień Dobry TVN?

M.M.: Nad tym programem pracuje olbrzymi zespół ludzi. Siedem teamów robi po jednym dniu tygodnia. „Góra” to kobiety: szefowa od codziennych wydań, szefowa od weekendów i szefowa całości - w tym przedsięwzięciu rządzą kobiety. Prowadzący, to tylko wisienka na torcie. Próbujemy spiąć to wszytko, co przygotował sztab ludzi. To dziennikarze, dziennikarki, którzy przygotowują dokumentacje i materiały filmowe. Trzeba wiedzieć, że każdy gość, który przychodzi do „Dzień Dobry TVN” jest „przegadany” przez telefon w wielokrotnie dłuższej rozmowie niż potem ta na antenie. Działają reporterzy przygotowujący felietony, reporterzy tzw. lajfów - pracujący przy łączeniach „na żywo”. Są ci, którzy wymyślają tematy. Krótko mówiąc: podstawowym zadaniem prowadzących „Dzień Dobry TVN” jest nie zepsuć tego, co przygotował zespół.

A.Cz.: Co pan robi żeby rozmowy z gośćmi były interesujące?

M.M.: Wzbudzam w sobie ciekawość. To najważniejsze.

A.Cz.: Zdarzają się tematy, które Pana zaskakują?

M.M.: Jasne! Mnóstwo! Na przykład fantastyczni speleolodzy - „podbierałem” ich do „Playboy’a”. Lekarze przeróżnych specjalności robiący niezwykłe, awangardowe w skali Europy czy nawet świata, zabiegi operacyjne. Uwielbiam historie o takich grupach zawodowych, które mnie fascynowały w dzieciństwie: strażacy, wojskowi, policjanci, to są kapitalne rzeczy! Uwielbiam pozytywnie zakręconych maniaków. Na przykład ostatnio rozmawiałem z Anglosasem, który żyje z tego, że robi papierowe samolociki. Odwiedził Polskę na zaproszenie Centrum Nauki Kopernik i tłumaczył dzieciom jakie prawa fizyki działają, gdy te samoloty latają. To dzięki „Dzień Dobry TVN” napisałem felieton o Julii Pietrusze. Gdy od redakcji dostałem wiadomość, że będziemy rozmawiać o śpiewającej aktorce, to pomyślałem: „Banał! Kolejna śpiewająca aktoreczka”. W nocy „odpaliłem” jej płytę i uszy zrobiły mi się wielkie. Natychmiast wrzuciłem post na fb. Podobno stał się wiralem i to mnie cieszy: dodałem małą cegiełkę do ogromnego muzycznego sukcesu Julii. Tak, to zajęcie potrafi zaskoczyć.

A.Cz.: Co jeszcze było zaskakujące?

M.M.: Jestem absolutnym fascynatem pisarstwa Norwega Jo Nesbo. Ogłaszam, to wszem i wobec. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani z wydawnictwa wydającego Nesbo w Polsce z informacją, że pisarz przyjeżdża na festiwal kryminału. Że będzie w Polsce dwa dni. Jeden dzień zawsze przeznacza na wspinaczkę skałkowa w kraju do którego jest zapraszany. Zaproponowała by ten dzień był na tzw. „wyłączność” dla „Dzień Dobry TVN”.

A.Cz.: To bosko!

M.M.: Tak. Mogłem się z Jo Nesbo nagadać do woli! Powstał z tego spotkania wielki, jak na telewizję śniadaniową, bo aż siedmiominutowy materiał filmowy. Jego dłuższa wersja jest ma na Player TVN doskonałą oglądalność. To są korzyści z tej pracy! I jeszcze jeden: rozmowy „Dzień Dobry TVN”, to skarbnica wiedzy na temat upodobań Polaków. Jak idę na kolacyjkę do moich przyjaciół wykładowców uniwersyteckich czy pisarzy, to ja im opowiadam, czym żyją ludzie.

A.Cz.: I też wykorzystuje Pan tę wiedzę w swoim autorskim programie w TVN24 „Drugie śniadanie mistrzów”.

M.M.: Też. Rozmawiam w tym programie z ludźmi kultury, pop kultury czyli, takimi którzy na co dzień nie zajmują się polityką, o tym, co politycznego w minionym tygodniu się zdarzyło. Często przez zawodowców zajmujących się polityką jestem odsądzany od czci i wiary, ale widzowie te rozmowy lubią. Paradoksalnie bardziej utożsamiają się z tym, co mówią pisarze czy aktorzy. Oni formułują swoje polityczne wątpliwości jakby w imieniu widzów. Kiedy zaczynałem, dostałem od szefów kilka miesięcy na przekonanie widzów do pomysłu. Udało się i tak już trwa to siedem lat.

A.Cz.: Spotykamy się przed promocją Pana książki „Sprzedawca arbuzów” zbioru felietonów drukowanych w Newsweeku. W polskim piśmiennictwie felietonistykę uprawiali wielcy pisarze. Jak Pan czuje się w tym towarzystwie?

M.M.: Na początku się bałem. A potem z każdym sympatycznym mejlem, z każdą polemiką, z każdą najdziwniejszą  reakcją przez sześć lat uprawiania tego poletka, pewności siebie przybywało. Pomyślałem: „warto się mierzyć z najlepszymi, ale też nie warto się do nikogo porównywać”. Felietonista ma sukces, gdy odnajdzie swój styl, swój temat, swój język. Mam wrażenie, że jest sporo ludzi, którym sprawia frajdę czytanie moich tekstów.

A.Cz.: A kogo pan podziwia?

M.M.: Fascynacje z rodzinnego domu: Kisiel, Daniel Passent, KTT, wtedy przedrukowywany z amerykańskich gazet Art Buchwald, dziś w Polsce zapomniany. W późniejszym czasie odkryłem teksty Antoniego Słonimskiego, wybitnego poety, a zabawnego, złośliwego felietonisty. Ale największym odkryciem był hiszpański pisarz, którego znałem najpierw jako reportera wojennego, potem jako pisarza thrillerów historycznych czyli Arturo Pérez-Reverte. On potrafi z niczego robić świetny felieton.

A.Cz.: A Pan z czego je „szyje”?

M.M.: Mam eklektyczne zainteresowania: od Sasa do Lasa czyli od ambitnej literatury faktu po popularne seriale - na przykład wczoraj kończyłem  drugi sezon „Narcos”. Uwielbiam głupie strzelanki i subtelną poezję, w związku z czym w felietonach mieszam tematy. Czasem to temat rodzinny: o przyjaciołach lub życiu na wsi, a w następnym tygodniu piszę na inna nutę:  na przykład o polityce.

A.Cz.: Niezbędny płodozmian.

M.M.: Tak, on być musi. Gdy ktoś kupuje Newsweeka i sięga po mój felieton, to już wie co tam będzie. Wie czego się może spodziewać, jakie mam poczucie humoru, jakie spojrzenie na rzeczywistość. Ale w ramach tego oczywistego, musi być czymś zaskakiwany. Zaskoczenia szukam u moich ulubionych autorów i mam nadzieję, że tego też dostarczam swoim czytelnikom.

A.Cz.: Po spotkaniach z czytelnikami - czas na święta. Jak spędzi Pan ten świąteczny czas?

M.M.: Na Mazurach. Jedziemy całą rodziną. Tam nie trzeba się stroić. Gotujemy, łazimy, jemy. Rodzina mojej żony ma straszny zwyczaj, że najpierw wigilia, a potem prezenty. U nas było odwrotnie, ale uległem śląskim wpływom. (śmiech) Wprowadziliśmy też zwyczaj, że nie kupujemy wszyscy wszystkim prezentów, tylko losujemy.

A.Cz.: A dzieci?

M.M.: Dzieci to nie dotyczy. Dorośli kupują sobie tylko jeden prezent. Nie wolno wydać więcej niż sto złotych. Okazuje się, że moje zamówienie na książkę izraelskiego satyryka i felietonisty Efraima Kiszona, które w tym roku złożyłem nie może być zrealizowane, bo to niszowa rzecz i cena przekracza trzysta złotych. Świąteczny prezent będę musiał sobie sam kupić. (śmiech)

A.Cz.: Radosnych Świąt. Dziękuję za rozmowę.

M.M.: Dziękuję

NA PORANNY PROGRAM „DZIEN DOBRY TVN” ZAPRASZAMY OD PONIEDZIAŁKU DO SOBOTY O GODZ. 8.00 (CET – BERLIN, PARYŻ) I W NIEDZIELE O GODZ. 8.30 CET ORAZ OD PONIEDZIAŁKU DO PIĄTKU O GODZ. 7.15 (CST – CHICAGO) I 8.15 (EST – NOWY JORK), A WEEEKENDY O GODZ. 8.00 CST I 9.00 EST DO ITVN!

 

Marcin Meller, ur. w 1968 r. Syn Beaty i Stefana, ambasadora Polski w Paryżu i Moskwie, Ministra Spraw Zagranicznych RP (2005-2006). Mąż Ani, tata Basi i Gucia. Warszawiak z urodzenia, historyk z wykształcenia, dziennikarz z zawodu. Był reporterem tygodnika „Polityka”, jeździł w rejony konfliktów zbrojnych w Górskim Karabachu, byłej Jugosławii i kilku państwach Afryki. W latach 2003-2012 był redaktorem naczelnym polskiej edycji miesięcznika „Playboy”. Współprowadzący „Dzień Dobry TVN”, prowadzący „Drugiego śniadania mistrzów” w TVN24. Od kwietnia 2011 do lutego 2012 był felietonistą „Wprost”, od marca 2012 pisze felietony do „Newsweeka”. Z żoną, Anną Dziewit-Meller napisał „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”, a w pojedynkę „Między wariatami. Opowieści terenowo - przygodowe”.

WYWIAD Z MARTYNĄ WOJCIECHOWSKĄ
Następny artykuł:

WYWIAD Z MARTYNĄ WOJCIECHOWSKĄ

tvnpix